Kościół, wspólnota niedoskonałych ludzi
Kościół nie jest wspólnotą ludzi bez grzechu. Gdyby warunkiem przynależności do niego była moralna doskonałość, jego historia prawdopodobnie zakończyłaby się jeszcze przed Pięćdziesiątnicą. Wystarczy popatrzeć na najbliższych uczniów Jezusa. Był tam Piotr, który zapewniał o swojej wierności, a później trzykrotnie zaparł się Mistrza. Był Tomasz, który nie potrafił uwierzyć świadectwu pozostałych Apostołów. Byli Jakub i Jan, zabiegający o szczególne miejsce przy Jezusie. Byli uczniowie spierający się o to, kto z nich jest największy. Był wreszcie Judasz, który zdradził. A jednak właśnie takim ludziom Chrystus powierzył swój Kościół.
Święty Kościół grzesznych ludzi
W Credo wyznajemy wiarę w „jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół”. Słowo „święty” może jednak rodzić pytanie: jak mówić o świętości Kościoła, skoro tworzą go ludzie grzeszni? Odpowiedź kryje się w źródle jego świętości. Kościół jest święty nie dlatego, że każdy należący do niego człowiek jest święty. Jego świętość pochodzi od Chrystusa. To On go powołał, jest w nim obecny i prowadzi człowieka do świętości.
Ludzie pozostają natomiast ludźmi. Przynoszą do Kościoła swoją wiarę, dobro i pragnienie Boga, ale również własne słabości, ambicje, lęki, uprzedzenia i grzechy. Dotyczy to wszystkich. Świeckich, księży, zakonników, biskupów. Kościół od początku nie był zgromadzeniem nieskazitelnych ludzi, lecz wspólnotą tych, którzy potrzebują zbawienia. Wystarczy przeczytać Nowy Testament, aby stracić złudzenie, że pierwsze wspólnoty chrześcijańskie były idealne. Święty Paweł pisał o sporach, podziałach, zazdrości, niewłaściwych zachowaniach podczas wspólnych zgromadzeń, a nawet o poważnych grzechach. Pierwsi chrześcijanie mieli swoje problemy, podobnie jak my mamy swoje. A jednak pozostawali Kościołem.
Łatwo powiedzieć: „Kościół powinien”
Kiedy mówimy o Kościele, bardzo łatwo posługujemy się słowem „oni”. Oni powinni coś zmienić. Księża powinni. Biskupi powinni. Parafia powinna. Ludzie w Kościele powinni zachowywać się inaczej. Czasami taka krytyka jest potrzebna. Zła nie należy usprawiedliwiać tylko dlatego, że wydarzyło się we wspólnocie wierzących. Grzech pozostaje grzechem, krzywda pozostaje krzywdą, a odpowiedzialność pozostaje odpowiedzialnością. Miłość do Kościoła nie wymaga udawania, że jego członkowie nie popełniają błędów. Jest jednak jeszcze jedno pytanie, znacznie mniej wygodne: A co ze mną? Jakim ja jestem członkiem Kościoła? Co wnoszę do wspólnoty, do której należę? Czy ją buduję, czy jedynie oceniam? Czy dostrzegam własne słabości równie łatwo jak słabości księdza, biskupa albo człowieka siedzącego kilka ławek dalej? To pytanie zmienia perspektywę. Kościół przestaje być wtedy instytucją stojącą gdzieś naprzeciwko mnie. Zaczynam rozumieć, że sam jestem jego częścią.
Kościół to nie tylko księża
Jednym z największych uproszczeń w myśleniu o Kościele jest utożsamianie go z duchowieństwem. Nieraz mówimy: „Kościół powiedział”, „Kościół zrobił”, „Kościół powinien”, mając często na myśli księży albo biskupów. Tymczasem przez chrzest każdy wierzący zostaje włączony we wspólnotę Kościoła. Nie jesteśmy jego klientami ani publicznością obserwującą działania duchownych. Kościół to my. Oczywiście nie wszyscy mają w nim takie same zadania i taką samą odpowiedzialność. Czym innym jest odpowiedzialność biskupa, czym innym kapłana, rodzica, katechety czy każdego ochrzczonego. Wspólnota nie oznacza braku różnic. Oznacza natomiast, że nikt z nas nie powinien patrzeć na Kościół wyłącznie z pozycji widza. Można przyjść na Mszę, skorzystać ze spowiedzi, ochrzcić dziecko, przygotować je do Pierwszej Komunii, poprosić o ślub lub pogrzeb i traktować parafię przede wszystkim jako miejsce świadczące określone usługi religijne. Tylko czy o takiej wspólnocie myślał Chrystus?
„Idź i pracuj w winnicy”
W Ewangelii Jezus opowiada o ojcu, który zwraca się do syna: „Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy”. To niezwykle prosty obraz odpowiedzialności za Kościół. Ojciec nie mówi: obserwuj winnicę. Nie mówi: sprawdź, kto źle pracuje. Nie poleca sporządzić listy zaniedbań innych robotników. Mówi: idź i pracuj. W Kościele również każdy ma swoją część winnicy. Nie oznacza to, że wszyscy muszą należeć do wspólnot parafialnych, czytać podczas liturgii albo angażować się w kolejne inicjatywy.
Kościół buduje się często znacznie ciszej. Budują go rodzice uczący dziecko modlitwy. Człowiek odwiedzający samotnego sąsiada. Ktoś, kto pamięta o chorym. Osoba, która zamiast obmawiać, decyduje się porozmawiać. Człowiek potrafiący przebaczyć. Ktoś modlący się za innych. Parafianin, który dostrzegając problem, oprócz pytania: „Dlaczego nikt nic z tym nie robi?”, zada sobie drugie: „Czy ja mogę coś zrobić?”. Właśnie z takich drobnych decyzji powstaje wspólnota.
W Kościele spotkasz ludzi, którzy cię rozczarują
Jeżeli ktoś pozostanie w Kościele wystarczająco długo, prawdopodobnie kiedyś się na kimś zawiedzie. Może na księdzu lub na osobie bardzo religijnej. Być może może na człowieku ze wspólnoty albo na kimś, kto wiele mówił o Ewangelii, a zachował się zupełnie inaczej. Bywa, że takie doświadczenie bardzo boli, szczególnie wtedy, gdy od ludzi wierzących oczekiwaliśmy czegoś więcej. Chrześcijaństwo nigdy jednak nie obiecywało, że po wejściu do Kościoła znajdziemy się pośród ludzi wolnych od egoizmu, pychy czy grzechu. Chrystus obiecał coś innego, że pozostanie ze swoim Kościołem. Dlatego ostatecznym punktem odniesienia dla wiary chrześcijanina nie może być nawet najlepszy ksiądz, najbardziej charyzmatyczny kaznodzieja czy najbardziej pobożny człowiek. Każdy z nich może zawieść. Każdy, tylko nie Chrystus.
Czy grzechy ludzi dyskwalifikują Kościół?
Czasami można spotkać się z argumentem: „Nie chcę mieć nic wspólnego z Kościołem, ponieważ jest w nim zbyt wielu hipokrytów”. Rozumiem, skąd może brać się taki zarzut. Szczególnie wtedy, gdy ktoś osobiście doświadczył zgorszenia albo został skrzywdzony przez człowieka Kościoła. Takiego doświadczenia nie wolno bagatelizować. Trzeba jednak zapytać, czym właściwie miałby być Kościół, gdyby mogli należeć do niego wyłącznie ludzie, którzy już uporali się ze swoimi słabościami. Kto z nas mógłby wtedy do niego wejść?
Ewangelia nie jest nagrodą dla doskonałych. Jest dobrą nowiną dla ludzi potrzebujących nawrócenia. Jezus siadał przy stole z grzesznikami. Zatrzymywał się przy odrzuconych. Piotrowi, który się Go zaparł, ponownie powierzył odpowiedzialność. Nie akceptował grzechu, ale też nie przekreślał człowieka z powodu jego grzechu. Kościół istnieje właśnie dlatego, że człowiek potrzebuje Chrystusa.
Problem zaczyna się od podziału na „my” i „oni”
Każda wspólnota zaczyna pękać wtedy, gdy zaczynamy dzielić ludzi na kategorie. To szufladkowanie ludzi może być niestety obecne również w Kościele. My, świeccy, i oni, księża. My, porządni katolicy, i oni, którzy pojawiają się w kościele kilka razy w roku. Takich podziałów może być znacznie więcej. My, tradycyjni, i oni, nowocześni. My, zaangażowani, i oni, obojętni. Coraz częściej widoczny jest również zupełnie inny podział: my, którzy rozumiemy, jaki powinien być Kościół, i oni, którzy wszystko robią źle.
Taki sposób patrzenia daje przyjemne poczucie przynależności do tej lepszej grupy. Ewangelia jednak nieustannie odbiera nam tę wygodę. Przed Bogiem wszyscy jesteśmy ludźmi potrzebującymi łaski. Dlatego św. Paweł zachęca chrześcijan: „Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich”. To bardzo prosty program budowania wspólnoty. Zauważyć drugiego człowieka. Tylko tyle lub aż tyle.
Kościół zaczyna się bliżej, niż myślisz
Łatwo dyskutować o problemach Kościoła powszechnego. Znacznie trudniej dostrzec człowieka siedzącego obok podczas niedzielnej Eucharystii. O wiele łatwiej jest wskazywać, jak powinni postępować biskupi, ale znacznie trudniej zapytać, dlaczego od kilku tygodni nie widzieliśmy starszej sąsiadki.Łatwo mówić o kryzysie wspólnoty. Trudniej samemu zrobić pierwszy krok do człowieka, z którym od dawna nie rozmawiamy. A przecież właśnie tam Kościół staje się czymś konkretnym. Przy stole w domu, w parafii, w rozmowie, przebaczeniu, w trosce o słabszego, okazując cierpliwość wobec człowieka, który nas drażni, kiedy przyznajemy się do własnych błędów, a także wtedy, gdy podejmujmy dezycją, aby po raz kolejny spróbować kochać ludzi, którzy wcale nie są łatwi do kochania.
Wspólnota dla niedoskonałych
Może więc zamiast dziwić się, że w Kościele spotykamy ludzi niedoskonałych, powinniśmy przypomnieć sobie, po co właściwie Kościół istnieje. Nie jest on galerią świętych eksponatów, ale miejscem, w którym grzesznik może spotkać Chrystusa i rozpocząć drogę przemiany.
Jedni są na tej drodze dalej, inni dopiero zaczynają. Jedni upadają i powstają, inni przez długi czas nie potrafią zrobić kolejnego kroku. Czasami pomagamy komuś iść, innym razem sami potrzebujemy, żeby ktoś podał nam rękę. Wszyscy jednak potrzebujemy tego samego Chrystusa. Dlatego pytając o Kościół, dobrze czasami odwrócić perspektywę. Zamiast pytać wyłącznie: Jaki powinien być Kościół?, warto zastanowić się również: Jakim człowiekiem we wspólnocie Kościoła jestem ja? Bo Kościół nie kończy się na murach świątyni. Po zakończeniu Eucharystii nadal jesteśmy Kościołem. W domu, pracy, szkole, na ulicy i wszędzie tam, gdzie spotykamy drugiego człowieka. Może właśnie dlatego w jednym z kościołów pojawiło się zdanie:
Tu wchodzisz, aby kochać Boga. Wychodzisz, aby kochać bliźniego.
Kościół w tym wymiarze ziemskim, zawsze pozostanie wspólnotą niedoskonałych ludzi. Takich jak Piotr, Tomasz i wielu innych. Pamiętajmy, że Kościół będzie taki, jak my sami. W może właśnie w tym kryje się jedna z najpiękniejszych prawd o Kościele: Chrystus nie czeka, aż staniemy się doskonali, żeby nas powołać. Powołuje nas, abyśmy razem z Nim uczyli się świętości.