Popiół – ósmy sakrament?
W kalendarzu liturgicznym są dni ważne. Są też takie, które przyciągają tłumy. Jednak jest jeden dzień w roku, który potrafi zgromadzić w kościele nawet tych, którzy przez dwanaście miesięcy trzymają się od niego na dystans. To Środa Popielcowa. I właśnie dlatego warto zadać prowokacyjne pytanie: czy popiół nie stał się przypadkiem ósmym sakramentem?
Oczywiście Kościół mówi jasno: sakramentów jest siedem. Zostały one ostanowione przez Chrystusa jako skuteczne znaki łaski. Jednak w praktyce duszpasterskiej można odnieść wrażenie, że dla wielu wierzących to nie Eucharystia, nie spowiedź, lecz właśnie popiół stał się momentem obowiązkowym, niemal magicznym.
Dlaczego akurat popiół?
Bo jest widoczny, zostawia ślad i można go sfotografować.
W świecie, w którym liczy się obraz, popiół działa natychmiast. Jest znakiem publicznym. Co więcej, jest znakiem bez zobowiązań. Nie wymaga wcześniejszej spowiedzi. Nie wymaga życia w stanie łaski uświęcającej. Wystarczy podejść, pochylić głowę i wrócić do swoich spraw.
I właśnie tutaj rodzi się problem.
Znak bez treści?
Słowa wypowiadane przy posypaniu głowy brzmią mocno: Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię albo Pamiętaj, że jesteś prochem i w proch się obrócisz. To nie jest poetycka metafora. To jest duchowy wstrząs.
A jednak – czy rzeczywiście nim jest?
Jeżeli po przyjęciu popiołu wszystko pozostaje bez zmian, jeżeli Wielki Post nie przynosi decyzji, postanowień, walki z grzechem, wtedy znak staje się pusty. Co więcej, może nawet stać się uspokajaczem sumienia. Byłem w kościele. Mam popiół. Sumienie czyste.
Ale czy na pewno?
Sakrament bez łaski?
Sakrament działa ex opere operato – nie dlatego, że jesteśmy doskonali, lecz dlatego, że działa w nim Chrystus. Natomiast popiół sakramentem nie jest i nigdy nim nie będzie. Nie daje łaski sam z siebie. Jest sakramentalium, czyli znakiem, który ma prowadzić do nawrócenia i pokuty.
Problem zaczyna się wtedy, gdy traktujemy go jak duchowe ubezpieczenie. Jak coroczny rytuał, który „załatwia sprawę” naszej relacji z Panem Bogiem. W konsekwencji może dojść do paradoksu: człowiek, który przez rok nie przystępuje do sakramentu pokuty, pilnuje jednego – żeby nie przegapić popiołu.
Czy to nie brzmi jak ósmy sakrament?
Wiara na pokaz?
Co więcej, w erze mediów społecznościowych popiół zyskał nowy wymiar. Stał się znakiem tożsamości. Deklaracją: „jestem wierzący”. I chociaż samo publiczne świadectwo nie jest niczym złym, to jednak rodzi pytanie o intencję.
Bo przecież Jezus mówił o modlitwie i poście w ukryciu. Tymczasem popiół jest dokładnym przeciwieństwem ukrycia – jest widoczny, wyraźny, jednoznaczny.
Czy więc chodzi jeszcze o pokutę? Czy raczej o symbol przynależności?
A może problem jest głębszy?
Być może to nie popiół jest problemem. Być może problemem jest nasze podejście do wiary w ogóle. Chcemy znaków szybkich, prostych, niewymagających. Chcemy religii, która wzrusza, ale nie zmienia. Która daje poczucie bezpieczeństwa, ale nie stawia radykalnych wymagań.
Popiół jest niewinny. To my możemy uczynić z niego substytut nawrócenia.
Więc czym powinien być popiół?
Nie sakramentem. Nie magicznym znakiem ani religijną metką.
Powinien być początkiem drogi. Wstrząsem. Przypomnieniem o kruchości życia. Wezwaniem do konkretu: do spowiedzi, do pojednania, do zerwania z grzechem.
Bo jeżeli zatrzymamy się na geście, przegramy sens Wielkiego Postu. Natomiast jeśli pozwolimy, by popiół naprawdę dotknął serca, wtedy stanie się czymś więcej niż symbolem.
Nie ósmym sakramentem.
Ale pierwszym krokiem ku prawdziwemu nawróceniu.